O MNIE

Cześć! Jestem Viola i od ponad 3 lat, razem ze wspierającymi blog ekspertami, dzielę się wiedzą, opinią i inspiracjami kulinarnymi. Czytając nasze wpisy poznasz podstawowe i zaawansowane informacje z zakresu zdrowego odżywiania. Znajdziesz tutaj teksty merytoryczne, przepisy kulinarne, recenzje produktów, restauracji i książek, a także trochę motywacji i prawdziwych historii. Rozgość się - ten blog powstał dla Ciebie!

SOCIAL media

Instagram Feed

DIETA POD OKIEM DIETETYKA

REKLAMY PARTNERÓW BLOGA

EKSPERCKI BLOG DLA WYJĄTKOWO DOCIEKLIWYCH
Nie na temat #6

Nie na temat #6

Dzisiaj kilka zdań o tym jak pokochałam minimalizm. Nie nazywam się minimalistką i pewnie jeszcze długo się to nie zmieni, ale w mojej głowie zaszły ostatnio pewne zmiany, które radykalnie odbijają się na tym ile kupuję i ile mam. Na książkę CHCIEĆ MNIEJ – minimalizm w praktyce, trafiłam zupełnie przypadkiem. Przeglądałam nowości w jednej z moich ulubionych księgarni internetowych i postanowiłam kupić. Nie znałam wtedy Simplicite, a o idei minimalizmu słyszałam kilka mniej lub bardziej ciekawych zdań od znajomych. Nigdy się w ten temat nie zagłębiałam, bo kojarzyłam minimalizm z idiotycznym ograniczaniem rzeczy do konkretnej liczby, np 100. W tym zawierają się zarówno rzeczy osobiste, czyli bielizna, ubrania, książki, dokumenty,kosmetyki, gadżety jak i rzeczy codziennego użytku takie jak talerze, kubki, sztućce czy czajnik. Słysząc o tym wyobrażałam sobie hisperską ascezę polegającą na tym, aby na siłę dostosować swoje życie do tego antykonsumpcyjnego ruchu. Zupełnie mnie to nie jarało. Po książce nie spodziewałam się fajerwerków, ale miałam cichą nadzieję, że dowiem się z niej kilku przydatnych rzeczy.

Swoją drogą, to trochę paradoksalny jest fakt, że szerzenie minimalizmu wiąże się z zakupem kolejnej rzeczy, która ugrzęzła na stałe w mojej biblioteczce. Całe szczęście!

Zachwyciłam się podejściem Kasi do tematu i jej osobistą historią. Chociaż ja nigdy nie byłam dotknięta chorobliwym zakupocholizmem, to niejednokrotnie odczułam na własnej skórze, że mniej znaczy więcej. Najczęściej podczas przeprowadzki, a raczej 9 przeprowadzek, które wykonałam w czasie ostatnich 10 lat. Za każdym razem kiedy było mi dane taszczyć za sobą ciężar swojego dorobku. Za każdym razem kilka worków śmieci przy okazji takiej przeprowadzi lądowało na wysypisku. Ubrania, których nie noszę, stare notatki, gazety, kosmetyki, które nie były strzałem w 10, gratisy, pamiątki. No masakra. Dopóki nie zaczynasz gruntownie sprzątać albo nie zmieniasz mieszkania, to zapewne tego nie zauważasz, ale kiedy musisz zapakować wszystkie bibeloty do pudełek, problem nabiera zupełnie innego wymiaru. Z każdą kolejną przeprowadzką dojrzewała we mnie myśl, że już nigdy więcej niczego nie kupię. Oczywiście szybko mijało, ale po lekturze książki zrozumiałam, że zakupy nie są złe, ale trzeba je robić z głową. Jeśli jakaś rzecz rzeczywiście jest nam potrzebna, to powinniśmy ją kupić. Najważniejsze by był to zakup wynikający z pragmatyzmu, a nie „widzimisię”, ani chęci dowartościowania się albo umilenia przykrego dnia.

Na chwilę obecną mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że zakupy robię wtedy, kiedy muszę. Oczywiście nie mam tutaj na myśli zakupów spożywczych, na których nie oszczędzam z uwagi na swój zawód. Mam na myśli rzeczy wielorazowego użytku, przedmioty. Doszło do tego, że mam absolutne minimum kosmetyków. Jeden szampon, jeden balsam, jeden krem do twarzy. Dopóki nie dokończę opakowania lub nie stwierdzę, że je wyrzucam bo mi nie leży, nie kupuję nowego. Dawniej to wcale nie było takie oczywiste. Ciągle chciałam testować nowości, wierzyłam, że posiadanie całego arsenału kosmetyków sprawi, że będę piękniejsza i bardziej pewna siebie. Wcale nie, tonęłam w różnorodnych kolorach lakierów, cieni do powiek, miałam 5 żeli pod prysznic, a moja uroda wcale nie była tym wszystkim olśniona. Aktualnie znam swoje kolory cieni, swój kolor podkładu, mam jeden czerwony lakier do paznokci i dobrze dobrany krem. Zamiast maseczek stosuję węgiel. Do drogerii wchodzę nie po to, by pozwiedzać, tylko po to, żeby kupić to czego potrzebuję. Niesamowita wolność. Coś co polecam każdej osobie, która wchodząc do Rossmana po tusz, zostawia w nim 1/5 wypłaty. Tylko do tego trzeba dojrzeć. W końcu postawić na jakość, a nie ilość. Zatrzymać się i zastanowić przez chwilę „hej, czy ja naprawdę potrzebuję serum do końcówek, bazy pod lakier i na lakier, rozświetlacza, 15 kolorów lakieru, 5 maseczek na różnorodne okazje?”. Być może Ty potrzebujesz, do mnie dotarło, że wystarczy mi mniej.

To samo dotyczy ubrań. Kiedyś byłam typowym zbieraczem. Kupowałam tanio i dużo, buszowałam po lumpach. Dzisiaj mam już skompletowany swój basic. Koszule w różnych kolorach, 3 żakiety, klasyczne spodnie, 1 para jeansów, trencz, skórzana ramoneska, kilka sukienek na różne okazje, każda w innym kolorze i stylu, kilka spódnic. Nie powiem, że wszystko do siebie pasuje, bo oczywiście tak nie jest. Nie mam minimalnej ilości rzeczy, ale jestem pewna, że mam ich mniej niż 95% kobiet w tym kraju. W mojej szafie nie ma obecnie niczego czego nie noszę i to jest największy sukces. Mam mniej ubrań od swojego chłopaka. Mniej niż moja mama. I nie dlatego, że mnie nie stać. Przede wszystkim dlatego, że nauczyłam się oddawać i wymieniać, kupować bardzo rozsądnie, opierając się o wypracowany styl. Lubię klasykę przełamaną elementami marinistycznymi, klasyczną kratką albo rockowymi akcentami. Zupełnie nie interesuje mnie moda. Stawiam na jednobarwne tkaniny bez zbędnych aplikacji i nadruków. Szczytem ekstrawagancji są paski, kratka albo wzór kotwiczki, do którego mam słabość od najmłodszych lat. Ubrania łatwo połączyć, bo większość z nich pasuje do wielu innych. Jest wiele plusów takiej szafy. Mam w niej luz, ubrania się nie gniotą, można łatwo utrzymać porządek, szybciej dokonać wyboru, mieć mniejszą suszarkę na pranie i kosz na bieliznę. Na pewno kiedyś będę miała jeszcze mniej, ale na pewno nie za wszelką cenę i nie kosztem swojej wygody. Moja szafa ma służyć mnie, a nie odwrotnie. Nie może denerwować ilością ubrań do prasowania, składania, dobierania. Nie lubię chaosu i niemal pusta szafa doskonale się w moich potrzebach odnajduje. Aaaa, biżuterię noszę od wielkiego święta, a dawniej byłam maniaczką tanich bibelotów, które określały mój „styl”. Polubiłam wygodę, brak nadmiaru, wsłuchiwanie się w siebie, a nie inspirowanie kolorowymi gazetami czy ładnymi zdjęciami z internetu. Minimalizm to nie biała koszula. Minimalizm to odszukanie swoich potrzeb w dobie kuszących obrazków.

Po przeczytaniu książki posprzątałam gruntowanie wszystkie zakamarki. Być może wy nie macie tego problemu, ale wiecie ile reklamówek z marketów było w naszym mieszkaniu? Ile pojedynczych skarpetek, wyschniętych długopisów, gazetek reklamowych, zwietrzałych przypraw? To nie jest tak, że nie sprzątam regularnie, ale do tej pory miałam tak, że myślałam „jeszcze się przyda”, „szkoda wyrzucić”, „później”. Prawda jest jednak taka, że dopiero kiedy mamy nawyk nieprzynoszenia do domu zbędnych rzeczy i regularnego pozbywania się ich możemy osiągnąć w mieszkaniu naturalny porządek. Pozbyć się raz na zawsze zbierania pudełek po jajkach, 3 opakowań otwartej mąki, 2 tych samych przypraw nawet tego samego producenta, najgorszego prześcieradła i najmniej lubianego kubka.

Minimalizm to także porządek na dysku komputera, brak tysiąca kart lojalnościowych w portmonetce, a nawet YOMO (joy of missing out) – w moim przypadku nieoglądanie wiadomości od dobrych kilku lat. Być może coś mnie omija, ale aktualnie starannie dobieram treści jakie chce sobie serwować, bo głęboko wierzę w to, że wszystko co do nas dociera w mniej lub bardziej świadomy sposób kształtuje nasze światopoglądy, charaktery i nas samych.

Nie nauczyłam się jeszcze minimalizmu w kwestii mojej pasji. Nie umiem odmówić sobie nowego ceramicznego talerza i książek z pięknymi fotografiami. Nigdy nie zamienię papieru na czytnik ebooków mimo, że wiem jak ciężkie są kartony z papierem i że nie jest to dobra opcja dla środowiska. Uwielbiam druk, piękne błyszczące fotografię, zapach tuszu. Nie chcę się tego pozbywać i absolutnie nie przeszkadza mi to w miłości do minimalizmu. W nowym mieszkaniu będzie na książki osobna ściana <3

 

A Ty jaki masz stosunek do posiadania? Czy według Ciebie „mieć” przeszkadza w „być”?

Viola Urban

Ocenia Okiem Dietetyka od 3 lat. Z zawodu dietetyk, z zamiłowania poszukiwacz kulinarnych rewolucji, z doświadczenia copywriter i social media ninja. Lubi inspirować do lepszego jedzenia i aktywności fizycznej. W wolnych chwilach biega i szuka dobrego jedzenia na mieście razem z przyjaciółmi. "Kto chce szuka sposobu, kto nie chce szuka powodu"

  • Ola

    pudełka po jajkach przygarnę w każdej ilości :P
    Kilka miesięcy temu, po entej z kolei przeprowadzce, miałam podobne myśli… ale niestety na myślach się skończylo…Dzięki za przypomnienie:)

  • ja też nie sprowadzam minimalizmu do konkretnej liczby posiadanych rzeczy, a do takiej ich ilości, która jest mi potrzebna i którą jestem w stanie używać/korzystać z/pożytkować. powolutku pozbywam się rzeczy, które są mi zbędne. z jednej strony – z braku miejsca, z drugiej – dla zdrowej głowy :)

  • Patrycja

    Bardzo fajne podejście! Mnie w kwestii minimalizmu bardzo pomaga fakt, że wynajmuję mieszkanie, w którym najzwyczajniej w świecie nie ma zbyt wiele miejsca – tak więc na co dzień nie kupuję zbyt wiele rzeczy, bo i tak nie miałabym gdzie je przechowywać, a jak jeszcze sobie pomyślę, że potem w razie ewentualnej przeprowadzki trzeba byłoby to wszystko ze sobą targać, to skutecznie odechciewa mi się zakupów.
    Jedynym problemem jest milion ubrań w szafie (buszuję po lumpach tak jak Ty kiedyś) i prezenty od mamy – a to jakiś nowy krem, a to inny kosmetyk, i potem leży dwadzieścia różnych pudełeczek, bo nie ma czasu, aby to wszystko zużyć do końca.

    PS: Bardzo lubię tę Twoją serię „Nie na temat” :)

    • Viola Urban

      <3 bardzo się cieszę, że cykl przypadł Ci do gustu :)

O MNIE

Cześć! Jestem Viola i od ponad 3 lat, razem ze wspierającymi blog ekspertami, dzielę się wiedzą, opinią i inspiracjami kulinarnymi. Czytając nasze wpisy poznasz podstawowe i zaawansowane informacje z zakresu zdrowego odżywiania. Znajdziesz tutaj teksty merytoryczne, przepisy kulinarne, recenzje produktów, restauracji i książek, a także trochę motywacji i prawdziwych historii. Rozgość się - ten blog powstał dla Ciebie!

social media

Instagram

DIETA POD OKIEM DIETETYKA

kategorie bloga

Najnowsze porady

REKLAMY PARTNERÓW BLOGA

×